Krótka sprawa

Krótka sprawa

Pani Joanna zgłosiła się do nas z prośbą o pomoc, po tym gdy pracodawca pozwał ją, żądając zapłaty 600 zł z tytułu braków w towarze. Pani Joanna udzieliła nam pełnomocnictwa i zabraliśmy się raźno do pracy.
Na pierwszej rozprawie zawarliśmy ugodę z pracodawcą, który zobowiązał się, że zapłaci pani Joannie 1500 zł odszkodowania.

Na tym sprawa się zakończyła.

Wesołych Świąt pani Joanno!

Zadośćuczynienie

Gdy w drzwiach kancelarii zjawia się ktoś zdenerwowany z gazetą w ręce możliwości są dwie. Albo przeczytał coś na temat, który jego też dotyczy i chce powziąć kroki prawne, albo został opisany w gazecie, w sposób który chluby nie przynosi.

W tym przypadku gazeta „pożyczyła” sobie zdjęcia naszych klientów, aby zilustrować nimi serię artykułów o niesławnym podpalaczu, który miał zamknąć w domu własną rodzinę i doprowadzić do jej śmierci w płomieniach.
Trudno sobie wyobrazić, jak można się poczuć, gdy w ogólnopolskiej popularnej gazecie można oglądać własne zdjęcia przedstawiające nas jako zbrodniarzy.

Ponieważ wydawca gazety nie chciał załatwić sprawy polubownie – musiało skończyć się w sądzie.

Wyrok był niemal całkowicie zgodny z żądaniami pokrzywdzonych – zadośćuczynienie oraz przeprosiny na pierwszej stronie.

Mamy nadzieję, że ten wyrok i zamieszczone poniżej przeprosiny choć w części naprawią głupotę, jaką palnęła redakcja.

przeprosiny

Kiedy życzenia się spełniają…

Wśród życzeń składanych w środowisku prawniczym czasem pojawiają się winszowania: „bogatych i mało wymagających klientów”. Choć życzenia mają to do siebie, że rzadko się spełniają, a jeśli już – to po wszystkim okazuje się, że lepiej było po staremu – w tym rzadkim wypadku jest inaczej. Istnieją sprawy, które przyjmujemy chętnie, tanio i bez głębszego namysłu, bo szanse wygranej są na tyle duże, że nie warto się zastanawiać. Chodzi o fundusze sekurytyzacyjne i inne wynalazki świata finansjery zajmujące się skupywaniem i egzekucją zadłużeń.

Fundusze sekurytyzacyjne to podmioty, które – w uproszczeniu – skupują długi innych, a następnie próbują dochodzić ich w sądzie. Aby „kupić dług” należy dokonać tzw. przelewu wierzytelności. Przelew wierzytelności, o którym tu mowa, jest regulowany przepisami kodeksu cywilnego i polega (w uproszczeniu) na tym, że w umowie łączącej Iksa (dłużnika) z Ygrekiem (wierzycielem) zmieniamy Ygreka na Zetowski (Nie)standaryzowany Fundusz Sekurytyzacyjny Zamknięty/Otwarty (tak się te fundusze nazywają – prawdopodobnie istnieje jakiś wewnętrzny konkurs na najdłuższą nazwę).
Konsekwencją tego jest, że wierzycielem, któremu należy oddać pieniądze staje się Zetowski NFSZ. Kolejną konsekwencją jest to, że dłużnik ma przeciwko wierzycielowi wciąż te same zarzuty, które miał przeciwko poprzedniemu wierzycielowi. Możńa zatem powoływac się na niewłaściwie wykonaną umowę, dokonywać potrącenia itd. itd. jest to bowiem wciąż ta sama umowa (a właściwie ten sam stosunek prawny), która obowiązywała wcześniej.

Wydawałoby się, zatem, że sprawa jest prosta i oczywista. Pieniądze oddać trzeba, tyle że komu innemu. W praktyce jednak procesy wytaczane przez fundusze sekurytyzacyjne bardzo często kończą się przegraną tychże funduszy.

Okazuje się bowiem, że przed sądem fundusze mają ogromne problemy z udowodnieniem, że rzeczywiście dług kupiły. Jakiś czas temu mieliśmy do czynienia ze sprawą, w której abonent kwestionował wysokość faktur twierdząc, że jego telefon nie działał i nie widzi powodu do płacenia. Przedłożył szereg kopii reklamacji i twierdził, że nie zapłaci, bo nic w zamian nie dostał.
Fundusz sekurytyzacyjny domagał się zapłaty za kilka faktur, klient zaś zgłaszał swoje reklamacje. Fundusz odpisał, że nie jest w stanie ustosunkować się do tych zarzutów i żeby zapytać operatora, który dług sprzedał. A operator odpisał, że: „dane, o które wnioskuje sąd są objęte tajemnicą telekomunikacyjną i nie zostaną udostępnione”. Sędzia – po przeczytaniu na sali pisma – oznajmił, że jeśli to taka tajemnica, to on nie widzi powodu, dla którego pozwany ma cokolwiek płacić. Bo sąd może zobowiązać kogoś do spłaty, ale wcześniej musi być przekonany, że roszczenia są zasadne.

Podobnej odpowiedzi udzielił pewien bank. Gdy sąd – na żądanie funduszu – zwrócił się do niego z pytaniem o kwotę zadłużenia – bank odpisał dość niegrzecznie, ze nie będzie niczego ujawniał, bo nie. Pan sędzia z wrodzonym (i powszechnie uwielbianym) sarkazmem skomentował, że on w takim razie też nie będzie niczego zasądzał. Jak powiedział, tak i zrobił.

Skąd takie przypadki? Po pierwsze z dość rygorystycznego traktowania tajemnicy telekomunikacyjnej czy bankowej, po wtóre zaś dlatego, że wierzyciel, sprzedawszy dług, nie jest kompletnie zainteresowany tym, czy dług zostanie ściągnięty czy nie. On swoje pieniądze dostał i ma ciekawsze rzeczy do robienia.

Gdyby zatem zdarzyło się Państwu, że zjawicie się w kancelarii lekko zawstydzeni tym, że nie płacicie długów (choć zaręczam osobiście, że częściej słyszę wyrazy zdumienia, gdy ktoś spłacił nienależny dług. Brak spłaty jest dla nas całkowicie normalny – no chyba, że chodzi o pieniądze należne kancelarii – wówczas to zachowanie ociera się o zdradę stanu) i poprosicie w związku z tym o radę, a zaczniecie być traktowani niczym sama królowa Elżbieta, to dzieje się tak nie dlatego, że mecenas się pomylił, co do tego z kim rozmawia, ale raczej dlatego, że już widzi zarobione pieniądze na swoim koncie. Fundusze sekurytyzacyjne słyną bowiem także z tego, że egzekucja przeciwko nim toczy się bardzo szybko, a pieniądze są na koncie w ciągu góra 2 tygodni.

Alimenty od kobiety na cudze dziecko

Historia, jakich wiele. Ona i on poznają się, pobierają mają dziecko. Między nimi coś się psuje, on poznaje inną i odchodzi. Małżeństwo się rozpada.

Zazwyczaj w dalszej kolejności pojawiają się sprawy o alimenty, władzę rodzicielską czy kontakty z dzieckiem.

W tej konkretnej sprawie (jak zapewne w wielu innych) zasądzone alimenty (które ojciec na dodatek płacił nadzwyczaj niechętnie i nieregularnie) były dalece niewystarczające do pokrycia kosztów utrzymania dziecka.

Matka dziecka zgłosiła się do nas po pomoc. Uznaliśmy, że w tej konkretnej sprawie możliwe jest pozwanie aktualnej żony ojca dziecka. Po trzech rozprawach w Oświęcimiu i jednej w Sądzie Okręgowym w Krakowie została ona zobowiązana alimentów na cudze dziecko.
I można się zastanawiać, czy jest to sprawiedliwe, ale uzyskane pieniądze już poprawiają życie dziecka, które niczemu nie było winne.

Historia pewnej sprawy

Pani Katarzyna podjęła kilka lat temu studia na pewnej prywatnej uczelni. Okazało się szybko, że uczelnia nie jest w stanie sprostać organizacyjnie prowadzeniu zajęć, więc studenci uzgodnili z uczelnią, że kończą naukę i szukają placówki, która poważnie podchodzi do swojej działalności.

Całkiem niedawno pani Katarzyna otrzymała przesyłkę z sądu z miasta Łodzi, która to przesyłka zobowiązywała panią Katarzynę do zapłaty na rzecz uczelni określonej kwoty oraz pozew, w którym uczelnia pisała, dlaczego pieniądze się uczelni należą (przedstawione powody wyglądały jednak zgoła inaczej niż zapamiętała to pani Katarzyna).

Jak powszechnie wiadomo, w takiej sytuacji istnieje kilka możliwości zachowania. Można:
– wypłakiwać się przyjaciółce, jaki ten świat niesprawiedliwy;
– można pisać do prasy, czy choćby pani Jaworowicz i odmieniać słowo „kradzież”;
– można się żalić na facebooku itd. itd.

Pani Katarzyna wybrała najmniej popularne w społeczeństwie rozwiązanie i zadzwoniła do naszej kancelarii. Po umówieniu spotkania, uzgodnieniu wynagrodzenia i podpisaniu pełnomocnictwa pani Katarzyna nieco uspokojona wróciła do domu. A nasz dzielny zespół zabrał się do rozwiązywania sprawy.

Po ok. czterech miesiącach (ach te sądowe terminy)pani Katarzyna została poinformowana, że sprawę wygrała .
A kilka dni temu otrzymała na wskazane przez siebie konto bankowe zwrot zapłaconego nam wynagrodzenia (w sprawie, w której jest się reprezentowanym przez adwokata lub radcę, w razie wygranej sąd dodatkowo zasądza zwrot kosztów wynagrodzenia dla strony wygrywającej. A że pani Katarzyna zapłaciła wynagrodzenie kancelarii z góry – po wygranej sprawie dostała je co do grosza z powrotem).

Podsumowanie sprawy:
1. Odebranych listów – 1;
2. Wizyt w kancelarii – 1 (kawa gratis);
3. Wysłanych SMSów – 2 (w tym jeden z numerem konta do zwrotu pieniędzy);
4. Telefonów do kancelarii – 1;
5. Wydanych na sprawę własnych pieniędzy – 0 zł.

Najmniej popularne sposoby wydają się jednak najskuteczniejsze.

Nie takie proste zasiedzenie…

Dawno temu w Oświęcimiu, jeszcze przed wojną i krótko po niej, mieszkały obok siebie dwie rodziny. Każda na swoim kawałku ziemi we własnym, małym domku.
Gdy zaczęło się uprzemysłowienie Oświęcimia jedna z nich przeprowadziła się do nowo wybudowanego mieszkania w bloku. W domku na krótko pomieszkał jeszcze dalszy kuzyn, po czym i on go opuścił i działka stała wolna.
35 lat później do Sądu Rejonowego w Oświęcimiu wpłynął wniosek o stwierdzenie, że sąsiadka, która pozostała na miejscu stała się właścicielką opuszczonej działki.
Wnioskodawczyni (nazwijmy ją panią Kowalską) twierdziła, że działka należy do niej, ponieważ tuż po wyprowadzce sąsiadów ogrodziła obie nieruchomości metalowym ogrodzeniem i rozpoczęła korzystanie z nich tak, jakby stanowiły jej własność. Kosiła, uprawiała, dbała i twierdziła, że taki stan utrzymywał się od owych 35 lat, a zatem cała nieruchomość stanowi jej własność. Zgodnie z polskimi przepisami po 30 latach tego rodzaju posiadania nieruchomości, posiadacz staje się właścicielem.
Prawowita właścicielka nie mogła się z tym pogodzić. Mówiła, że istotnie nie była na działce od wyprowadzki, ale przecież nigdy nie uznała, że jej nie chce.
Z taką wiedzą rozpoczął się proces.
Ten był o tyle ciekawy, że od początku dręczyło nas poczucie, że czegoś brakuje. Że pojawiła się jakaś istotna informacja, która nam umknęła, a która może mieć znaczenie dla rozstrzygnięcia.
A dokładnie chodziło o to, co się stało z domem? W żadnej części wniosku nie było o nim ani słowa.
Okazało się, że dom został rozebrany.
A dokładnie rzecz ujmując został zniszczony w czasie powodzi w 1997r i rozebrany przez właścicieli z pomocą rodziny.
Panowie dokonujący rozbiórki byli przesłuchiwani w sprawie jako świadkowie i powiedzieli o jeszcze jednej interesującej rzeczy. Bo przecież, żeby dom rozebrać i wywieźć gruz i drewno, jakie z niego pozostały trzeba najpierw wejść na tę działkę. A jak można było wejść, skoro wcześniej (od lat 60tych – zgodnie z wnioskiem o zasiedzenie) nieruchomość była ogrodzona metalowym ogrodzeniem.
Świadek – zapytany o to podczas rozprawy – zdziwił się niepomiernie i przyznał nieco cichszym głosem, że nie było tam żadnego metalowego ogrodzenia, a jedynie drewniany płot. A głos został ściszony, ponieważ okazało się, że ów płot budował tuż po wojnie dziadek właścicielki, a przesłuchiwany świadek swoją nogą go zniszczył, żeby na nieruchomość wejść. I pamięta to dokładnie, bo płot od razu padł. I nie wie, kiedy powstał metalowy, ale na pewno nie było go tuż po powodzi w 1997r.
W tym momencie sędzia zaczął dopytywać panią Kowalską (wnioskodawczynię), jak zareagowała na to, że ktoś przyjechał i rozebrał jej dom. Bo przecież on ma przed sobą jej wniosek, w którym jest napisane, że ona traktowała obie działki jako swoją własność. A przecież z zasady właściciele bronią należącego do nich mienia. A tutaj wpadła jakaś grupa ludzi, dom rozebrali, gruz wywieźli, drewno zatrzymali i pojechali. To właściciel chyba powinien coś z tym zrobić. Policję wezwać, bronić swego itd.
Wnioskodawczyni nieco zdziwiona odpowiedziała: „Przecież to nie moje było, co się będę wtrącać”.
I w tym momencie przegrała proces.
Ponieważ zasiedzenie jest możliwe tylko wtedy, gdy ktoś zajmuje cudzy majątek i posiada go nieprzerwanie traktując jako swoją własność. Przerwy w posiadaniu albo choćby nastawienie, wedle którego „to nie jest moje” powoduje, że czas zasiedzenia należy liczyć od początku (o ile w ogóle zaczyna biec).
Powódź z 1997r wyrządziła wiele złego. Ale – jak to w życiu bywa – przyniosła też dobre rzeczy. Nasza klientka jest nadal właścicielką rodzinnej działki.

Nie dla biedaka kancelaria…

W wywiadzie udzielonym przez pana ministra Kozdronia Rzeczpospolitej (opublikowany w internecie 5.07.2015r) znalazł się poniższy fragment:

„Adwokatom bardzo zależało na tym, by porad udzielać w kancelariach. Ministerstwo się na to nie zgodziło. Dlaczego?
Byłoby to złe rozwiązanie z powodu braku transparentności – która porada jest płatna, a która nie. Osoba przychodząca po bezpłatną poradę musi wiedzieć, że nikt od niej nie weźmie ani złotówki.”
Ponieważ jestem wielkim zwolennikiem pomysłu NRA, aby porady były udzielane w zainteresowanych tym kancelariach od pewnego czasu usiłuję znaleźć uzasadnienie dla niechęci do tego pomysłu.
Niestety pomimo tego, że – jak wynika z relacji zamieszczonych w Pokoju Adwokackim – mec. Dębowski – w imieniu NRA – co najmniej dwukrotnie wspominał o tym na posiedzeniach komisji (wcześniej możliwość taką wskazał także mec. Zwara w Rzeczpospolitej) – posłowie się temu sprzeciwili.
Wyjaśnienie tego stanowiska wyłożone przez min. Kozdronia niestety niczego nie klaruje. Pan minister nie wyjaśnił, skąd tysiące osób, którym jest udzielana bezpłatna pomoc na etapie sądowym wiedzą, że nie muszą za nią płacić. I to niezależnie od tego, czy są to osoby „znane organom ścigania” (jak eufemistycznie nazywa je policja), czy ktoś, kto incydentalnie znalazł się w kręgu zainteresowania naszych dzielnych śledczych. A nawet jeśli ktoś tego nie rozumie – pyta (choć to wyjątki).

Dlaczego zatem sądzi pan minister, że osoba zainteresowana uzyskaniem bezpłatnej porady i spełniająca warunki do jej uzyskania nie zrozumie tego prostego faktu, że porada jest dla niej za darmo? Skąd przeświadczenie, że niecny adwokat z pewnością marzy o tym, aby oszukać biedną emerytkę?
Stanowisko posłów jest tym bardziej dziwne, że to kancelarie są najlepiej przystosowane do obsługi. Tam są programy prawnicze, literatura, wzory, poprzednie pisma w podobnych sprawach. Chyba, że zdaniem panów posłów kancelaria to wyłącznie jeden mecenas i jego laptop.

Śmiem twierdzić, że przyjęte przez posłów rozwiązanie będzie miało inny skutek niż transparentność. Będzie to raczej wyraźnym sygnałem, że ci, którzy mają pieniądze chodzą do kancelarii, a ci „biedni” chodzą do jakichś wyznaczonych lokali. Czy to nie jest podkreślanie nierówności? Korzystanie przez dowolną osobę z bezpłatnej pomocy prawnej na etapie sądowym oznacza dla klienta dokładnie to samo co samodzielnie wynajęcie prawnika. Spotkania w kancelarii, wspólna obecność na sali sądowej itd.

Sądziłem do tej pory, że wspomaganie osób biedniejszych ma na celu zaoferowanie im takich samych usług i na takim samym poziomie jak osobom, które mogą sobie na to pozwolić. Adwokat pomaga w kłopotach. O kłopotach dobrze rozmawia się na miękkich fotelach w kancelarii, przy kawie czy herbacie (choć latem zimna woda wygrywa). Tak, żeby klient mógł się odprężyć, uspokoić, opowiedzieć o tym, co ważne i przede wszystkim poczuć, że ktoś jest po jego stronie i chce mu pomóc.

To zaproponowali adwokaci. Lecz rząd i posłowie uznali widocznie, że biedota nie powinna pałętać się po kancelariach. Że wystarczy ich posadzić w pustym pokoju z krzesłem, biurkiem i komputerem. I niech się cieszą, że tam są.

Ech ta Agata i ten jej facet…

Zdaje się, że mec. Agata Przybysz jest niewyczerpanym źródłem inspiracji. Choć ten wpis ma na celu także krótkie usprawiedliwienie się przed tymi z Państwa, których w przeszłości zniechęciliśmy do korzystania z naszych usług z uwagi na potencjalny konflikt interesów. Agata Przybysz i Marek Dębski są adwokatami. Są też parą. Mieszkają razem. Nawet kodeks karny uznaje ich za osoby najbliższe. (Istnieje wprawdzie teoria, że związek dwóch prawników nie może się udać, ponieważ wzajemna rywalizacja go zniszczy, ale może to nastąpi dopiero pod koniec sezonu).

Zgodnie z treścią § 22 pkt d) Kodeksu etyki adwokackiej: „adwokatowi nie wolno podjąć się prowadzenia sprawy ani udzielić pomocy prawnej, jeżeli zawodowy pełnomocnik będący dla niego osobą najbliższą prowadzi sprawę lub udzielił już pomocy prawnej stronie przeciwnej w tej samej sprawie lub w sprawie z nią związanej.”

Więc drodzy Państwo. Gdy mówię, że nie wezmę sprawy, ponieważ moja lepsza połówka była zaangażowana po drugiej stronie, to nie dlatego, że nie chcę. To dlatego, że nie mogę. A nie mogę dlatego, że nie chcemy, abyście się zastanawiali, czy nie jest przypadkiem tak, że wziąłem pieniądze od Was, a tak naprawdę robię, co mogę, aby to przegrać, bo przecież żona po drugiej stronie… I nie zależy to od poinformowania klienta o owym konflikcie interesów. Choć czasem wygodniej byłoby załatwić sprawę w ścianach kancelarii i choć czasem obie strony się na to zgadzają. Nie wolno i już. Parafrazując Emmę Wiklund z którejś części filmu Taxi: „Zasady etyki są czymś, czego się przestrzega, a nie czymś, z czym się dyskutuje”.

Zaufanie pomiędzy klientem a adwokatem jest tak ważne, że jego brak nakazuje nam wypowiedzieć pełnomocnictwo (§ 51 kodeksu etyki adwokackiej) i to bez dłuższego zastanawiania się. Spory prawne wiążą się z emocjami, pieniędzmi (i nierzadko seksem), więc mądrzy ludzie, którzy dawno temu wymyślali jak chronić klientów, doszli do wniosku, że od tych trosk należy odjąć zamartwianie się klienta o to, czy jego pełnomocnik nie gra na rzecz drugiej strony.

PS. Za tekst „nie możesz wnieść apelacji, nie masz nowych dowodów”, ten, kto konsultuje ten serial pod względem prawnym powinien stracić pracę. Ale wyjaśnianie dlaczego, byłoby nudne – więc poprzestanę na tym krótkim wyrażeniu oburzenia.

PS. 2. Tekst „nie możesz wnieść apelacji, nie przekonasz sędziów, że źle wszystko zrozumieli”, brzmi równie dramatycznie, a jest zgodny z realizmem. Przepraszam, że drążę, ale wciąż twierdzę, że da się zrobić w polskich warunkach dynamiczny serial o prawnikach, który nie będzie roił się od błędów merytorycznych.

Co dają nam politycy?

Powszechne jest narzekanie na polityków (nie jest to zresztą polska polityka), że wspomnę choćby piosenkę. Albo .

Lecz czasem i politycy powiedzą coś, co znajduje odzwierciedlenie w życiu (a więc i na salach sądowych). Oto kilka dni temu, gdy sąd dopytywał pewną panią, jakże to mogła zapłacić komuś kilka tysięcy złotych, nie biorąc za to pokwitowania – rzucił: „proszę pani, na gębę to można sobie krem nałożyć, a nie operacje finansowe przeprowadzać”.

Prokurator zgłupiała, ja jeszcze bardziej – bo ów sędzia jest człowiekiem nadzwyczaj spokojnym i stonowanym. Sędzia zaś widząc nasze zdumienie wyjaśnił: „proszę państwa, proszę się nie gorszyć. Ja tylko zacytowałem pana marszałka Sejmu – Radosława Sikorskiego. Sam słyszałem, że tak powiedział i bardzo mi się spodobało”.

I tak to politycy ubogacają nam posiedzenia sądowe.

Jak Justyna dziecko porywała

Tak, proszę Państwa. Dzisiaj o ostatnim „Prawie Agaty”. Ponieważ dowiedziałem się, że ostatni serial był przełomowy, musiałem go obejrzeć. Obejrzałem i się zmartwiłem. To moje zmartwienie wzięło się z tego, że ten odcinek istotnie wprowadzał w błąd. I pal sześć, że:

  • w głosowaniu nad wyrokiem sędzia głosuje ostatnia, a nie pierwsza,
  • Agata nie mogła mieć w domu testamentu, bo ten musiał być w sądzie, skoro była sprawa spadkowa,
  • skoro zachowek wyniósł 5 tys zł, to wartość spadku wynosiła 30 tys. zł, a udział przyrodniego syna – 10 tys. (nie wiadomo, skąd się wzięło 200 tys.)

To wszystko drobiazgi.

Jednym z dwu głównych wątków była zgoda (a raczej jej brak) Bartka na wyjazd Justyny z dzieckiem za granicę. Matka dziecka w sprawie o wydanie paszportu, wobec braku zgody ojca wystąpiła o ograniczenie mu praw rodzicielskich (powinno być „władzy rodzicielskiej”, lecz może w Warszawie mówią inaczej). Cały odcinek trwała batalia, czy ograniczać, czy nie. Zmartwiłem się, bo to co pokazano w serialu nie ma kompletnie żadnego przełożenia na obowiązujące przepisy.

Po pierwsze dlatego, że w przypadku rodziców, którzy nie mieszkają razem ograniczenie władzy temu, u którego dziecko stale nie przebywa jest regułą.

Po drugie dlatego, że zgoda na paszport nie jest równa zgodzie na stały wyjazd za granicę.

A po trzecie i najważniejsze, ponieważ, nawet jeżeli Bartek miałby ograniczoną władzę rodzicielską, to i tak zachowuje prawo decydowania o miejscu stałego pobytu dziecka (w przypadku, gdyby Justyna wyjechała z kraju bez jego zgody – istnieją przepisy pozwalające na przymusowy szybki powrót dziecka do kraju). Matka musiałaby wystąpić o pozbawienie go władzy rodzicielskiej, a to w przypadku ojca, zachowującego się jak serialowy Bartek jest prawie niemożliwe.

„Prawo Agaty” to popularny serial (a adwokat, którego się lubi to w ogóle ewenement – dzięki Agnieszko Dygant) i obawiam się, że propagowanie tezy, że „ograniczenie praw rodzicielskich” = „brak prawa decydowania o istotnych sprawach dziecka” wyrządzi sporo szkód i doprowadzi do wielu niepotrzebnych sporów. Obym się mylił.