Rozwiązujemy problemy

Rozwiązujemy problemy

Sierpień był ciekawym miesiącem. Niedługo po oddaniu do użytku nowej autostrady (A1), która umożliwiła szybkie docieranie w okolice Gdańska, Polacy ze zdumieniem odkryli, że jest ich wielu. Jeszcze bardziej zdumiewające było odkrycie, że gdy wielu Polaków jednocześnie skieruje się na tę samą drogę – ta się zakorkuje.

W kraju zapanowało powszechne oburzenie, i ci sami ludzie, którzy grzecznie odstawali swoje na chorwackich, austriackich czy niemieckich drogach, podnieśli ogromny raban, domagając się, aby „ktoś” „coś” z korkami zrobił.

Pewna pani mecenas, po godzinnym staniu przed zjazdem na Łódź, wniosła nawet pozew do sądu domagając się zwrotu opłaty, albowiem „po autostradzie powinno się jeździć szybko”.

Nie zajmowałbym Państwa czasu tego rodzaju bzdurami, gdyby nie pewna refleksja. Jak co roku spędziliśmy z rodziną urlop nad Bałtykiem w okolicach Gdańska. Jak co roku pojechaliśmy tam trasą przez Łódź (czyli S1, a teraz A1). Jak co roku trasa przebiegła sprawnie i bez korków.  I to nie dlatego, że ów odpoczynek miał miejsce w lutym, lecz dlatego, że wyjeżdżaliśmy albo wcześnie rano, albo w środku nocy. Nie było dla mnie niczym zaskakującym, że o tej porze korków nie ma.

Ten sam sposób myślenia stosujemy w kancelarii. Gdy mamy zdefiniowany cel, szukamy najlepszego sposobu na jego zrealizowanie. Przy czym sposobem najlepszym jest ten umożliwiający jak najszybsze i najtańsze osiągnięcie celu. Nie chodzi o to, aby robić z siebie ofiarę po staniu w korkach w godzinach szczytu, a później medialnie ogłaszać wniesienie pozwu o kwotę 29,90 zł (opłata sądowa wynosi 30 zł) w miejscowości oddalonej o 600 km. Nie walimy taranem w umocnioną bramę zamku przy akompaniamencie bębnów. Zamiast tego pójdziemy sprawdzić, czy spóźniony adorator nie zapomniał zamknąć tylnego wejścia nad ranem.

Miłego początku pracy!

11 lat minęło

Trochę ponad 11 lat temu rejestrowałem działalność gospodarczą. Udałem się wówczas dzielnie do urzędu gminy, gdzie byłem zameldowany i wypełniałem formularze. Następnie wizyta w urzędzie statystycznym, skarbowym, ZUSie, banku itd.

31 maja zakończyłem prowadzenie działalności w formie jednoosobowej działalności gospodarczej (od dwu dni jestem dumnym partnerem w spółce). Konieczne więc było zamknięcie działalności.

Tym razem dokonałem tego siedząc w niedzielny poranek w mieszkaniu i popijając poranną kawę. Wypełniłem jeden formularz w internecie, podpisałem podpisem elektronicznym i już. Dojdzie do tego jedno wysłane tradycyjną pocztą oświadczenie na potrzeby VAT.

Ale to oczywiście nie wszystko. Albowiem konieczna jest wizyta osobista, podpisanie stosów dokumentów, wylegitymowanie się i odczekanie. Gdzie? Ano w banku.

Okazuje się bowiem, że Polska jest tak dziwnym krajem, że papiery, problemy i formalizm piętrzą się nie w urzędach, lecz w prywatnych bankach. I innych prywatnych instytucjach.

Analogicznie przy rejestrowaniu spółki. Gdy już sąd wydał postanowienie (zajęło to tydzień od dnia wysłania przez na wniosku), przemiła pani z urzędu skarbowego zadzwoniła z prośbą o korektę danych, aby usprawnić postępowanie. Następnie przemiła pani z ZUSu zadzwoniła z prośbą o wyjaśnienie jakiegoś szczegółu.
Następnie zadzwonił bank z informacją, że odrzuca wniosek o założenie konta z uwagi na błędne podanie numeru lokalu. Bez możliwości skorygowania, poprawienia czy uzupełnienia.

Na pocieszenie pozostaje to, że w tym roku nad morze dojedziemy autostradą (państwową zresztą). I jak tu nie zostać socjalistą?

Zmiana siedziby

Szanowni Państwo,
od 1. czerwca 2014r nasza kancelaria zmienia siedzibę i rozpoczyna działalność pod adresem:
Mały Rynek 9 lok. 1.

Mały Rynek znajduje się w sąsiedztwie Rynku Głównego, a naszymi nowymi sąsiadami będą kancelarie: mec. Rafała Bieńka oraz r. pr. Marcina Wojdyło.

Zapraszamy do oglądania nowych pokoi i korzystania z naszych usług.

Telefony oraz adresy e-mail pozostają bez zmian.

Dzień języka niemieckiego na PWSZ w Oświęcimiu

Z dumą możemy zaprezentować się jako jeden ze sponsorów Dnia Języka Niemieckiego organizowanego w dniu 15 maja 2014r przez Instytut Neofilologii PWSZ w Oświęcimiu, którego gościem honorowym będzie dr Werner Köhler, Konsul Generalny RFN w Krakowie.

Więcej informacji na stronie PWSZ.

Zapraszamy do uczestnictwa.

Prezydent RP objął patronat nad dniem bezpłatnych porad

Jak informuje serwis adwokatura.pl Prezydent RP objął patronat nad dniem bezpłatnych porad prawnych.

Osobom zainteresowanym przypominamy, że bezpłatne porady będą udzielane 17 maja w godz. od 9:00 do 15:00.

Zapraszam do naszej kancelarii!

Trochę o wzorach w internecie

Jak powszechnie wiadomo w internecie jest wszystko. Także wzory pism procesowych. Szkoda tylko, że są tak pełne błędów i niedokładności i mogą – przy absolutnie zgodnym z prawem postępowaniem Sądu – dać efekt odwrotny do zamierzonego.
Przykład 1: Obywatelskie Biuro Porad

POZEW O ZAPŁATĘ
W imieniu własnym wnoszę o:

  • Zasądzenie od pozwanego Jana Nowaka na rzecz powoda Jana Kowalskiego kwoty 42 000 złotych wraz z ustawowymi odsetkami od dnia 11.09.2011 roku do dnia zapłaty,
  • Zasądzenie od pozwanego kosztów procesu według norm przepisanych

  • Ładnie i skrótowo (jak słusznie twierdzi pewien oświęcimski sędzia „im krócej tym mniej błędów”), lecz
    1. W pozwie nie ma wniosku o rozpoznanie sprawy pod nieobecność powoda. Jeżeli powód nie stawi się na rozprawę, sąd zawiesi na 3 miesiące postępowanie. Łatwo zatem zafundować sobie bezsensowne opóźnienie w wydaniu wyroku, którego można uniknąć jednym zdaniem
    2. Nie ma w polskim prawie żądania „zasądzenia kosztów procesu”. Można żądać zasądzenia „zwrotu kosztów procesu”, tzn tego. co wydało się na sprawę. Swoją drogą – jest to wyjątkowo często popełniany błąd.

    Przykład 2: www.zarzadca.pl
    Formularze wprowadzono po to, aby unikać błędów, lecz to nie zawsze wychodzi.
    I po kolei:
    1) Pole 3.1.2 – zarząd wspólnoty nie jest pełnomocnikiem. W tym przypadku to pole powinno pozostać puste.
    2) W polu 6.1 brakuje całościowego zsumowania żądanej kwoty;
    3) W polu 6.2 wszystkie pozycje powinny zostać skreślone;
    4) Pole 7 – patrz wyżej (Pole nazywa się „żądanie zasądzenia ZWROTU kosztów”. Pomimo tego autor żąda zasądzenia kosztów. No i formułka kodeksowa brzmi „wg norm przepisanych”, a nie „przypisanych”.
    5) Pole 8 – także brakuje wniosku o rozpoznanie sprawy pod nieobecność powoda.

    Ale czego oczekiwać od prostych autorów, skoro nawet Sąd Rejonowy w Limanowej lansuje pozew, który brzmi:

    Wnoszę o:
    1. zasądzenie od pozwanego na rzecz powoda kwoty ………………………….. (słownie: …………………………………………………..) złotych z ustawowymi odsetkami liczonymi od dnia …………………………………………. do dnia zapłaty;
    2. zasądzenie od pozwanego na rzecz powoda kosztów procesu, w tym kosztów zastępstwa procesowego oraz kosztów pełnomocnictwa, według norm przepisanych;
    3. nadanie wyrokowi rygoru natychmiastowej wykonalności;
    4. wydanie wyroku zaocznego w przypadku niestawiennictwa pozwanego na rozprawie, lub nie brania w niej udziału

    Pkt 2. znów „zasądzenie kosztów procesu” – a przecież przepisy (98 – 110 kpc) są jasne i oczywiste.
    Pkt 3. rygor natychmiastowej wykonalności jest nadawany w przypadkach określonych w art. 333 § 3 kpc. Następuje to albo z urzędu (czyli automatycznie), albo w przypadku dobrego uzasadnienia, dlaczego jest to konieczne. Wpisywanie we wzorze tego żądania bez bliższego określenia, to jak uczenie się boksu z książek.
    Pkt 4. wyrok zaoczny jest wydawany z urzędu (automatycznie), gdy spełnią się przesłanki. Wniosek o to jest tak samo sensowny jak wniosek o „prawidłowy i rzetelny i sprawiedliwy wyrok”, albo „zapoznanie się przez Sąd z całością sprawy”.

    I znów nasuwa się pytanie, dlaczego nie ma wniosku o rozpoznanie sprawy pod nieobecność powoda. A gdy pomyślę, że publikuje to Sąd…

    Rok upłynął…

    To był rok obfitujący w zaskakujące wydarzenia w mojej zawodowej praktyce.

    Okazało się bowiem, że w Wałbrzychu i Świdnicy (odpowiednio sąd rejonowy i okręgowy) pożyczanie jest niebezpieczne. Oto strony zawarły umowę, na mocy której Firma A oddała do używania towar Firmie B. Firma B miała za to płacić, a po zakończeniu umowy zwrócić to, co dostała. Przypomina to umowę najmu – rzekłby niejeden student prawa czy dowolny średnio rozgarnięty mieszkaniec naszego kraju. Jednak nie. Otóż w niektórych częściach dolnośląskiego tego rodzaju umowa to sprzedaż. Nie bardzo wprawdzie wiadomo, co właściwie sprzedano (towar wszak wrócił do Firmy A), lecz nie warto drążyć takich drobiazgów.

    Nie mniej ciekawie jest w naszym Krakowie. Oto pewien pan podpisał umowę, wedle której, mógł składać zamówienia na towar i płacić po jego otrzymaniu. Zdarzyło się, że Pan nie dostał towaru a dostał fakturę. Wychodząc z założenia, że płacić powinien jednak za towar, a nie fakturę, należności nie uiścił.
    Sprzedawca poszedł do sądu i wygrał, a sąd pouczył biednego nabywcę, że aby wygrać proces powinien był wykazać, że towaru rzeczywiście nie dostał. Konia z rzędem (bądź inną równie wartościową nagrodę) temu ufunduję na rzecz tego, kto mi wyjaśni, jak można udowodnić, że nie dostało się zamówionego towaru.

    Nie mniej ciekawie jest w Bydgoszczy – oto, gdy Polska szykuje się do Sylwestra i świętowania Nowego Roku – w Bydgoszczy nikt o tym nawet nie myśli. A przynajmniej tak zapewnił nas w jednym z orzeczeń tamtejszy Sąd Rejonowy wywodząc, że rok kalendarzowy zaczyna się w maju, a kończy dwanaście miesięcy później – w kwietniu. Gdy zatem ktoś zatęskni do sylwestrowych szaleństw – niech jedzie wiosną do Bydgoszczy. Tam powinna być impreza.

    Aby nie kończyć pesymistyczne – zwrócę uwagę na dwie sprawy:
    1. Wpadki jak powyższe to absolutny margines;
    2. Żadna z nich nie wydarzyła się w Oświęcimiu;

    Z okazji zbliżającego się Nowego Roku, życzę wszystkim, aby nie musieli korzystać z usług sądów, a jeśli już do tego dojdzie – aby mieli taki sam poziom sądownictwa, jakim cieszą się Oświęcimianie.

    Jak feministki z abp. Michalikiem walczyły?

    4 listopada zaczęto na poważnie: „Takich konsekwencji pomstowania na feministki przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Józef Michalik raczej się nie spodziewał. Bardzo prawdopodobne, że wkrótce ze swoich tez na temat tego, iż pedofilię wśród księży wywołują rozbite rodziny będzie musiał tłumaczyć się przed sądem. Pozew przeciwko hierarsze wkrótce trafić ma do Sądu Rejonowego Wrocław-Śródmieście. Jego złożenie zapowiada kielecka działaczka feministyczna Małgorzata Marenin. Szefowa lokalnego stowarzyszenia Stop Stereotypom i przewodnicząca świętokrzyskich struktur Twojego Ruchu oskarża abp. Józefa Michalika o to, iż w homilii wygłoszonej podczas mszy z okazji 90. urodzin kard. Henryka Gulbinowicza pomówił ją i naraził na utratę zaufania potrzebnego w prowadzeniu działalności publicznej – donosi „Gazeta Wyborcza”. źródło.

    Zgodnie z art. 212 kk pomawianie narażające na utratę zaufania (w skrócie) jest przestępstwem. W takiej sytuacji nie składa się jednak pozwu, lecz akt oskarżenia. Na to, że jest to sprawa karna wskazuje także późniejszy wywiad, jaki – temu samemu portalowi – udzielił pan profesor Filar. Pan profesor wprawdzie dość jednoznacznie stwierdził, że tego rodzaju akt oskarżenia nie ma żadnych szans powodzenia, co nie przeszkodziło jednak pytać redaktorowi, czy tego rodzaju akcja – w razie jej rozpowszechnienia – nie zaszkodzi finansowo kościołowi. Profesor odpowiedział negatywnie, lecz pominął pewną drobną kwestię.

    Oczywistym jest, że abp Michalik zostanie uniewinniony. Stanie się tak dlatego, że nie powiedział on (ani nie zasugerował), że to dzielna pani Marenin jest przyczyną pedofilii, więc nie może ona czuć się pokrzywdzoną. Wbrew temu co tak zgrabnie napisał pan Noch cytowany na początku, arcybiskup nie będzie też musiał się tłumaczyć ze swoich słów. Co więcej – może je podtrzymać – precyzując jedynie, że nie miał na myśli pani pokrzywdzonej. (Już widzę te nagłówki „Sąd uznaje, że abp miał rację”.)

    Owa wspomniana wcześniej drobna kwestia to pytanie – a kto za to zapłaci? Za wniesienie aktu oskarżenia płaci pani Marenin. (Może i Feminoteka się dorzuci – wszak popiera akcję).
    Jeżeli arcybiskup zostanie uniewinniony wówczas oskarżyciel pokrywa także koszty jego obrońcy. Cała wielka akcja mająca zatem „piętnować katabasów” – jak raczył się wyrazić pewien „obrońca krzywdzonych dzieci” – sprowadziłaby się do wzbogacenia kilku(nastu/dziesięciu) adwokatów. Oczywiście osobiście popieram wszelkie działania mające na celu wzbogacenie kolegów i mnie, lecz nie o to chyba chodzi.

    A celem tego wpisu jest wskazanie, że jeżeli chce się osiągnąć jakichś cel (jaki by on nie był), najpierw należy go zdefiniować, a następnie wymyślić, w jaki sposób najlepiej to zrobić. Akcja pani Marenin i środowisk ją wspierających, poza „zrobieniem rozróby”, nie ma żadnego sensu i naraża ją tylko na idiotyczne wydatki. Jednocześnie daje broń do ręki tzw. środowiskom prawicowym. O ile bowiem ten proces się zacznie, uniewinnienie abp Michalika z pewnością zostanie odtrąbione jako zwycięstwo konserwatywnego światopoglądu, ochrony rodziny itd. choć w istocie nie będzie z nim miało nic wspólnego.

    Po raz kolejny polskie emocjonalne nastawienie do świata skutkuje idiotycznym, emocjonalnym atakiem, który nie tylko nie ma nic wspólnego z rozwiązaniem prawdziwego problemu, lecz nawet nie jest w jego pobliżu. Ale to tak miło pomachać szabelką.

    Jak minister Gowin unieruchomił sądy

    Gdy pan premier powołał na stanowisko ministra sprawiedliwości pana Gowina, ów – opisywany jako „człowiek z pozytywną szajbą” – zarzekał się, że zreformuje sądownictwo przyspieszając rozpoznawanie spraw o mityczną 1/3.

    Jednym z ważnych posunięć była hucznie ogłaszana likwidacja kilkudziesięciu sądów. Poniżej opis skutków tego przedsięwzięcia (ze strony http://sub-iudice.blogspot.com)

    „8 października 2013 r. opublikowane zostało uzasadnienie do orzeczenia Sądu Najwyższego z dnia 17 lipca 2013 r. (sygn. akt III CZP 46/13). Efekt przypominał wybuch bomby atomowej, bo okazało się, że Sąd Najwyższy zakwestionował skuteczność wszystkich decyzji o przeniesieniu sędziów z sądów ze zlikwidowanych w trakcie ostatniej „reformy” do sądów, które je przejęły. Orzekł bowiem, że takie decyzje muszą być podpisane osobiście przez Ministra Sprawiedliwości, podczas gdy wszystkie zostały podpisane w jego zastępstwie przez podsekretarzy stanu. A to oznacza, że wszystkie wyroki wydane od początku roku przez sędziów orzekających w wydziałach zamiejscowych utworzonych w miejsce zlikwidowanych sądów mogą zostać uznane za nieważne, a procesy, które się w nich toczyły mogą wymagać powtórzenia. Pięciuset sędziów, dziesiątki, albo i setki tysięcy spraw i tyle samo zainteresowanych obywateli, którzy nie mogą być pewni, czy wyroki i postanowienia jakie wydano w ich sprawach są w ogóle ważne. A to wszystko dlatego, że minister zamiast osobiście podpisać decyzje kazał to zrobić swoim podwładnym.”

    Cały tekst tutaj.

    To była dobra sprawa…

    Oczywistością jest, że nie każdą sprawę da się wygrać. Często nie chodzi też o wygraną, lecz o inne cele definiowane przez klienta.

    Zastanawiam się natomiast od jakiegoś czasu, jak byłby oceniany przez swoich klientów adwokat, który tłumaczyłby klientom, że KAŻDY proces był bardzo udany, zaś przegrana jest skutkiem tego, że druga strona przedstawiła własne dowody.

    Albo, że klient oczywiście wygrałby, gdyby druga strona niczego nie zrobiła. Niestety przeciwnik „coś” zrobił i wygrał.

    Albo, że oczywiście sprawa byłaby wygrana, tyle że sąd niestety znał ów przepis, zgodnie z którym cała sprawa była z góry skazana na niepowodzenie.

    Wydaje się, że kariera tego rodzaju pełnomocnika byłaby dość krótka i dość szybko zostałby on okrzyknięty nieudacznikiem o małym rozumku i przestał pracować w zawodzie.

    W tym miejscu chciałbym serdecznie pozdrowić kadrę narodową w piłce nożnej. Niecierpliwie czekam na dalsze wymówki.